środa, 29 stycznia 2020

Wywiad - Martyrdoom



TEN WYWIAD PRZELEŻAŁ U MNIE PRAWIE TRZY LATA. W TRZY LATA BARDZO DUŻO MOŻE SIĘ ZMIENIĆ. ALE JAK POKAZAŁA RZECZYWISTOŚĆ, CHŁOPAKOM Z WARSZAWSKIEGO MARTYRDOOM NIGDZIE SIĘ PRZEZ TEN CZAS NIE SPIESZYŁO I WYWIAD ZBYT WIELE NA AKTUALNOŚCI NIE STRACIŁ. PONIŻEJ ZAPIS TEGO CO OCHOCZO KAŻDY Z NICH POWIEDZIAŁ.


Z racji tego, że będzie to wasz pierwszy wywiad i pierwszy w ogóle na tym blogu, zaczniemy trochę sztampowo - przedstawcie proszę historię kapeli. 

- Zaczęło się w okolicach kwietnia 2010 roku, o ile mnie pamięć nie myli. Wraz z ze znajomymi wpadliśmy na pomysł pogrania sobie coverów Nunslaughtera. Kilka dni po jednej próbie w trzyosobowym składzie, odezwali się do nas Wasyl, Sociak i Kryczman z pytaniem czy nie chcemy z nimi pograć thrashu – zgodziliśmy się i tak to się zaczęło. Graliśmy wtedy pod nawzwą Deathlust, którą przyszło nam jeszcze dwukrotnie zmienić, zatrzymując się na stałe przy „Martyrdoom”.
Pocz
ątkowo graliśmy covery Slayera i Metalliki, zagraliśmy lokalny kocert w Starej Miłosnej, ludziom się podobało i nam też. Nie pamiętam dokładnie jak długo graliśmy w tym składzie, ale w pewnym momencie wizja Kryczmana i co do granej muzyki przestała się pokrywać z naszą wizją. My chcieliśmy grać ciężej, on lżej. Rozstaliśmy się z nim, a po około miesiącu na jego miejsce wskoczyła Katt. W tym składzie graliśmy kolejny rok, nagraliśmy demo, a następnie w pokojowym nastroju Katt odeszła od nas. Powodem była mniejsza chęć angażowania się w zespół niż u reszty. Marola mieliśmy na celowniku już wcześniej, więc natychmiast zaproponowaliśmy mu granie z nami. To była jedna z lepszych decyzji w rozwoju zespołu.

Okres demówkowy mieliście dosyć krótki. Dwa materiały, brzmienie jak na demo przystało. Jak wspominacie tamten okres? Pomogły wam te materiały w jakiś sposób zaistnieć na scenie?

- Okres demówkowy to był bardzo płodny okres muzyczny. Sociak sypał riffami z rękawa na lewo i prawo. Mieszkaliśmy wtedy bardzo blisko siebie, chodziliśmy jeszcze od szkoły, więc próby grane były bardzo często. Nie pamiętam za bardzo jak często grywaliśmy wtedy koncerty, ale na pewno było ich parę. Demo na pewno trochę pomogło w promocji zespołu, jednak uważam, że najlepiej wypadamy na żywo – w miarę grania kolejnych koncertów, co raz częściej występowaliśmy ze znanymi kapelami.

No właśnie co do waszego stażu na scenie. Martyrdoom istnieje około 7 lat. Jak na taki staż, to cholerne z was lenie. Jak na mnie to jeszcze ze 2 demówki czy jakieś EP mogło się pojawić w tym czasie.

- Przez te siedem lat było dużo zmian stylu, składu, warunków grania prób. Masa czynników wpłynęła na ilość wypuszczonego materiału. Jednak najważniejszym czynnikiem tutaj była pomysłowość Sociaka. Nie ukrywam, że jest on autorem przeważającej części riffów oraz kompozycji. W międzyczasie niektórym zaczęły się studia, innym praca i już nie tak łatwo było się spotkać.
Po „Twisted Perversions” przyszedł dosyć długi okres ciszy. Robiliście materiał na pełną płytę? Koncertowaliście? Cztery lata to dosyć długi okres ciszy jak na tak młodą kapelę.
Było trochę koncertowania – udało nam się złapać z paroma większymi nazwami na scenie, co nas mocno cieszyło. Potem przyszedł czas na układanie nowego materiału z koncertowaniem od czasu do czasu.

Skąd pomysł na nazwę Martyrdoom? W Szwecji są punkowcy Martyrdod, ale chyba nie stąd ta inspiracja?

- Nazwy były łącznie trzy. W pierwszej formie, nazywaliśmy się „Deathlust”. Zagraliśmy pod tą nazwą może ze dwa czy trzy koncerty, a potem skapnęliśmy się, że jest ekipa z Pabianic grająca zajebisty wygar, mająca już tam jakiś swój materiał, to odeszliśmy od tego. Przez chwilę działaliśmy pod roboczą nazwą „Pukedrown”, ale nie utrzymało się. W momencie jak odezwał się do nas Ezkaton, że chcieliby zrobić jakiś gig reaktywacyjny, stwierdziliśmy że przydałoby się w końcu ogarnąć normalną, stałą nazwę. Kombinowaliśmy nad „Corpsefuck” i w tym momencie dobry ziomek kapeli, Nekos, podrzucił że w sumie gdyby miał nazywać kapelę, to nazwał by ją „Martyrdoom”, od otwierającego numeru jedynki Dead Congregation. I tak już zostało.

Old school death doom… Gatunek jeszcze niedawno trochę na wyginięciu, natomiast przez ostatnie kilka lat stał się dosyć modny. Wszyscy chcą być drugim Krypts albo Asphyx, jak to jest z Wami?

- Czy ja wiem czy modny? W szeroko pojętym undergroundzie na świecie, może i tak. Osobiście raczej nie zauważam jakiegoś „trendu” na death doom, tak jak to było w przypadku thrashu parę lat temu, a teraz blacku w kapturach. Nigdy nie celowaliśmy w granie death doomu – zaczęliśmy robić materiał i jakoś tak wyszło, że brzmi to jak brzmi.

Tekstowo bliżej wam raczej do goregrindu czy prongrindu niż do death metalu (a przynajmniej tego aktualnego). Który z was ma taki wesoły rozpierdol w głowie? Za dużo bdsm pornosków za młodu?

- Hehe, to akurat zasługa moja i Sociaka. Część tekstów jest bardzo stara, pamięta jeszcze początki kapeli (Betrayed Trust, Corpsefuck) i wynikiem tego jest właśnie taki wydźwięk, bo oczywiście staraliśmy się być jak najbardziej „twardzi” i tak dalej. Część kawałków(Bloody Incarnations, Face Without a Person, Psychosis) jest też takim naszym prywatnym „hejtem” na różnorakie okresy czy osoby i pewną formą „wyżycia się”. Mimo tego, że teksty bywają bardzo prostackie i ordynarne, to po części są dla nas dosyć osobiste.



Całkiem niedawno wydaliście pełny materiał. „Grievous Psychosis” ze wszystkich stron widać, że to pełnoprawny debiut. Jak wyglądały prace nad płytą?

- „Grievous Psychosis” zostało nagrane w pierwszej formie już z półtora roku temu. Zaczęliśmy szukać wydawnictwa i w tym momencie trafiliśmy na Memento Mori. Raul powiedział, że zajebisty materiał i może to wydać, ale musimy dograć jeszcze coś, bo jest za krótkie. Okazało się, że nie potrafimy odtworzyć brzmienia pierwszej wersji, więc nagraliśmy wszystko od nowa i powstał album w formie, w jakiej obecnie jest.

Poza jednym, wszystkie kawałki to nowe kompozycje. Nie chcieliście dograć jeszcze dwóch z dema by wydłużyć płytę, lub od nowa nagrać materiał z demo plus kilka kawałków?

- Dla nas te „nowe” kawałki mają już po 2, czy nawet 3 lata i ze względu na zmęczeniem zarówno materiałem jak i samym procesem nagrywania, organizacji, etc najzwyczajniej w świecie nam się nie chciało. Inna sprawa, że dla nas kawałki z dema kompletnie nie pasują stylistycznie do tego czym jest „Grievous Psychosis” Powoli kiełkują jakieś plany żeby coś zrobić z numerami z „Twisted Perversions”, ale to zobaczymy dopiero w przyszłości co z tego wyniknie.

Wiem, że część z Was ma wykształcenie muzyczne lub okołomuzyczne. Jak się pracuje z takimi ludźmi? Ile razy chcieliście się pozabijać?

- Szczerze? Bardzo często. W momencie kiedy każdy ma pojęcie o tym co robi, bardzo często pojawiają się spięcia o tym co ma jak brzmieć, jak ma być zagrane i tak dalej. Potrafimy sobie skakać do gardeł zarówno przez to, że ktoś ma przysłowiowy kij w dupie, jak i przez to, że ktoś coś zjebał czy po prostu zrobił coś mało „profesjonalnie” - mimo tego, że Martyrdoom jest naszym hobby, to raczej staramy się podchodzić do tego profesjonalnie podczas koncertów, czy nagrywek. Od tego, że się jeszcze nie pozabijaliśmy, wydaje mi się, uchronił nas po prostu fakt, że wszyscy na zewnątrz zespołu jesteśmy bdb kolegami od serca i znamy się od lat – wszyscy znamy swoje wady i nie ma sensu się dłużej spinać na kogoś z tak idiotycznych powodów.

Okładka robi wrażenie. Kto jest jej autorem? Skąd taki pomysł?

- Pierwotnie okładka miała wyglądać zupełnie inaczej, projekt nie do końca nam pasował. Przypomniałem sobie, że ojciec mojego przyjaciela jest malarzem i to nie byle jakim. Ryszard Wojtyński (serdecznie pozdrawiamy) od wielu lat zajmuje się malarstwem, jego styl to coś pomiędzy H.R. Gigerem i Beksińskim. Znaleźliśmy w internecie jego ilustracje do „Piekła” Dantego i od razu wiedzieliśmy, że musimy mieć coś od niego na okładce. Jest sposobność, to czemu nie? Potem to już była kwestia przejścia się do niego, dogadania czy zechciałby nam użyczyć swojego dzieła i dostosowania go do okładki.

Podpisaliście kontrakt z Memento Mori. Wytwórnia jak dla was chyba idealna. Jak się z nimi zgadaliście? Nie szukaliście wśród polskich wytwórni, czy może z założenia położyliście lachę na polskich wydawców?

- W momencie gdy „Grievous Psychosis” było nagrane w pierwszej formie, po prostu zaczęliśmy wysyłać promo do różnorakich wytwórni. Memento Mori była jedyną „większą” ekipą, która nie miała na nas wysrane i faktycznie zajarała się naszą muzą. A co do polskich wytwórni, trochę mieliśmy wyłożone na małe wytwórnie, które oferowały tylko wydanie na kasetach i rozprowadzanie po distro, o których nikt nie słyszał. Większe, albo odmawiały mówiąc, że nie szukają nowych kapel, albo proponowały, że wydadzą płytę jeżeli to my im zapłacimy. No kurwa serio?

Ile już razy wokal Sociaka porównano do Chucka z pierwszych płyt Death, czy tylko ja mam takie skojarzenia?

- Bardzo często! Pada albo Chuck, albo van Drunen – z tego co wiem, Sociakowi się to bardzo podoba.

Zaczynaliście jako kwartet, później stał się z was kwintet z niewiastą na gitarze. Przyznam szczerze, że dosyć mocno się zdziwiłem, że dziewczyna chce grać death/doom. Robiło to wtedy wrażenie, choć dziewoja nie wytrzymała jednak długo.

- Zaczynaliśmy jako kwintet, jak już wspomniałem. Na początku był z nami Kryczman. Kasia zrezygnowała z racji innej wizji na prowadzenie zespołu. My podchodziliśmy do tego z ambicjami, Kasia chciała po prostu sobie pograć. Rozeszliśmy się w zgodzie i nadal utrzymujemy z nią dobry kontakt.
Pami
ętam, że na koncercie „U Bazyla” w Poznaniu ktoś zwrócił uwagę, że nasz gitarzysta wygląda jak laska – technicznie się nie mylił.

Jak zapatrujecie się na kobiety w death metalu? Jo Bench, Angela Gossow, czy ta ruda cycata z Epici, zastanawialiście się kiedyś czy ona wszędzie jest ruda?

- A zastanawiałeś się czy Chris Barnes wszędzie ma dredy?



Czym jest dla was death metal? Jak pojmujecie ten gatunek i jego kolejne fale? Jest jakaś odnoga tego kotła, której po prostu nie trawicie?

- Osobiście mogę powiedzieć, że jest pewnym sposobem życia i pasją. Jednak potrzeba pewnego spierdolenia, żeby jarać się kapelami pokroju Putridity czy Disgorge, albo jakimiś wysrywami z fińskiej sceny, o których słyszała tylko rodzina ich wokalisty. Mi kompletnie akurat nie podchodzą wszelakie melodeathy, które są ugrzecznione, tak żeby trafić do szerszego grona odbiorcy – pomijając klasyki w stylu początki At the Gates, czy Carcass. Tak samo średnio do mnie zazwyczaj trafia black/death, z jednej strony dlatego, że raczej blacku nie słucham, a z drugiej, że takiego grania na polskiej scenie jest już tyle, że się rzygać chce.

Jakie macie plany związane z kapelą? Nowy materiał się robi, skupiacie się na promowaniu „Grievous Psychosis”? Koncerty gracie z coraz zacniejszym towarzystwem, Cruciamentum, Beheaded, Undergang…

- Na pewno chcemy koncertować, żeby promować płytę. W między czasie będziemy opracowywać nowy materiał. W kwestii grania z coraz lepszymi kapelami - wiadomo że powoli się rozwijamy i staramy się grać z coraz lepszymi, bo nie można całe życie grać na scenie z ogórami.

Warszawa jest chyba dosyć specyficzną sceną na mapie naszego kraju. Jak wygląda tutejsza scena?

- Scena deathowa kuleje i to bardzo. Na ogół, żeby zrobić koncert w stolicy musimy szukać kapel grających grindcore czy pseudothrashe. Dużo więcej można u nas zobaczyć kapel stoner/doomowych czy właśnie grindowych niż stricte deathowych. Czemu? Żodyń ni wyi.

Ostatnie słowo jest wasze.

- Nie słuchajcie heavy metalu, jeżeli możecie slamów – hails!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Brutally Deceased - wywiad