TEN WYWIAD PRZELEŻAŁ U MNIE PRAWIE TRZY LATA. W TRZY LATA BARDZO DUŻO MOŻE SIĘ ZMIENIĆ. ALE JAK POKAZAŁA RZECZYWISTOŚĆ, CHŁOPAKOM Z WARSZAWSKIEGO MARTYRDOOM NIGDZIE SIĘ PRZEZ TEN CZAS NIE SPIESZYŁO I WYWIAD ZBYT WIELE NA AKTUALNOŚCI NIE STRACIŁ. PONIŻEJ ZAPIS TEGO CO OCHOCZO KAŻDY Z NICH POWIEDZIAŁ.
Z
racji tego, że
będzie
to wasz pierwszy wywiad i pierwszy w ogóle na tym blogu, zaczniemy trochę sztampowo - przedstawcie proszę
historię
kapeli.
- Zaczęło
się
w okolicach kwietnia 2010 roku, o ile mnie pamięć
nie myli. Wraz z ze znajomymi wpadliśmy
na pomysł
pogrania sobie coverów Nunslaughtera. Kilka dni po jednej próbie w
trzyosobowym składzie,
odezwali się
do nas Wasyl, Sociak i Kryczman z pytaniem czy nie chcemy z nimi
pograć
thrashu – zgodziliśmy
się
i tak to się
zaczęło.
Graliśmy
wtedy pod nawzwą
Deathlust, którą
przyszło
nam jeszcze dwukrotnie zmienić,
zatrzymując
się
na stałe
przy „Martyrdoom”.
Początkowo graliśmy covery Slayera i Metalliki, zagraliśmy lokalny kocert w Starej Miłosnej, ludziom się podobało i nam też. Nie pamiętam dokładnie jak długo graliśmy w tym składzie, ale w pewnym momencie wizja Kryczmana i co do granej muzyki przestała się pokrywać z naszą wizją. My chcieliśmy grać ciężej, on lżej. Rozstaliśmy się z nim, a po około miesiącu na jego miejsce wskoczyła Katt. W tym składzie graliśmy kolejny rok, nagraliśmy demo, a następnie w pokojowym nastroju Katt odeszła od nas. Powodem była mniejsza chęć angażowania się w zespół niż u reszty. Marola mieliśmy na celowniku już wcześniej, więc natychmiast zaproponowaliśmy mu granie z nami. To była jedna z lepszych decyzji w rozwoju zespołu.
Początkowo graliśmy covery Slayera i Metalliki, zagraliśmy lokalny kocert w Starej Miłosnej, ludziom się podobało i nam też. Nie pamiętam dokładnie jak długo graliśmy w tym składzie, ale w pewnym momencie wizja Kryczmana i co do granej muzyki przestała się pokrywać z naszą wizją. My chcieliśmy grać ciężej, on lżej. Rozstaliśmy się z nim, a po około miesiącu na jego miejsce wskoczyła Katt. W tym składzie graliśmy kolejny rok, nagraliśmy demo, a następnie w pokojowym nastroju Katt odeszła od nas. Powodem była mniejsza chęć angażowania się w zespół niż u reszty. Marola mieliśmy na celowniku już wcześniej, więc natychmiast zaproponowaliśmy mu granie z nami. To była jedna z lepszych decyzji w rozwoju zespołu.
Okres
demówkowy mieliście
dosyć
krótki. Dwa materiały,
brzmienie jak na demo przystało.
Jak wspominacie tamten okres? Pomogły
wam te materiały
w jakiś
sposób zaistnieć
na scenie?
- Okres demówkowy to był
bardzo płodny
okres muzyczny. Sociak sypał
riffami z rękawa
na lewo i prawo. Mieszkaliśmy
wtedy bardzo blisko siebie, chodziliśmy
jeszcze od szkoły,
więc
próby grane były
bardzo często.
Nie pamiętam
za bardzo jak często
grywaliśmy
wtedy koncerty, ale na pewno było
ich parę.
Demo na pewno trochę
pomogło
w promocji zespołu,
jednak uważam,
że
najlepiej wypadamy na żywo
– w miarę
grania kolejnych koncertów, co raz częściej
występowaliśmy
ze znanymi kapelami.
No
właśnie
co do waszego stażu
na scenie. Martyrdoom istnieje około
7 lat. Jak na taki staż,
to cholerne z was lenie. Jak na mnie to jeszcze ze 2 demówki czy
jakieś
EP mogło
się
pojawić
w tym czasie.
- Przez
te siedem lat było
dużo
zmian stylu, składu,
warunków grania prób. Masa czynników wpłynęła
na ilość
wypuszczonego materiału.
Jednak najważniejszym
czynnikiem tutaj była
pomysłowość
Sociaka. Nie ukrywam, że
jest on autorem przeważającej
części
riffów oraz kompozycji. W międzyczasie
niektórym zaczęły
się
studia, innym praca i już
nie tak łatwo
było
się
spotkać.
Po
„Twisted Perversions” przyszedł
dosyć
długi
okres ciszy. Robiliście
materiał
na pełną
płytę?
Koncertowaliście?
Cztery lata to dosyć
długi
okres ciszy jak na tak młodą
kapelę.
Było
trochę
koncertowania – udało
nam się
złapać
z paroma większymi
nazwami na scenie, co nas mocno cieszyło.
Potem przyszedł
czas na układanie
nowego materiału
z koncertowaniem od czasu do czasu.
Skąd
pomysł
na nazwę
Martyrdoom? W Szwecji są
punkowcy Martyrdod, ale chyba nie stąd
ta inspiracja?
- Nazwy
były
łącznie
trzy. W pierwszej formie, nazywaliśmy
się
„Deathlust”. Zagraliśmy
pod tą
nazwą
może
ze dwa czy trzy koncerty, a potem skapnęliśmy
się,
że
jest ekipa z Pabianic grająca
zajebisty wygar, mająca
już
tam jakiś
swój materiał,
to odeszliśmy
od tego. Przez chwilę
działaliśmy
pod roboczą
nazwą
„Pukedrown”, ale nie utrzymało
się.
W momencie jak odezwał
się
do nas Ezkaton, że
chcieliby zrobić
jakiś
gig reaktywacyjny, stwierdziliśmy
że
przydałoby
się
w końcu
ogarnąć
normalną,
stałą
nazwę.
Kombinowaliśmy
nad „Corpsefuck” i w tym momencie dobry ziomek kapeli, Nekos,
podrzucił
że
w sumie gdyby miał
nazywać
kapelę,
to nazwał
by ją
„Martyrdoom”, od otwierającego
numeru jedynki Dead Congregation. I tak już
zostało.
Old
school death doom… Gatunek jeszcze niedawno trochę
na wyginięciu,
natomiast przez ostatnie kilka lat stał
się
dosyć
modny. Wszyscy chcą
być
drugim Krypts albo Asphyx, jak to jest z Wami?
- Czy
ja wiem czy modny? W szeroko pojętym
undergroundzie na świecie,
może
i tak. Osobiście
raczej nie zauważam
jakiegoś
„trendu” na death doom, tak jak to było
w przypadku thrashu parę
lat temu, a teraz blacku w kapturach. Nigdy nie celowaliśmy
w granie death doomu – zaczęliśmy
robić
materiał
i jakoś
tak wyszło,
że
brzmi to jak brzmi.
Tekstowo
bliżej
wam raczej do goregrindu czy prongrindu niż
do death metalu (a przynajmniej tego aktualnego). Który z was ma
taki wesoły
rozpierdol w głowie?
Za dużo
bdsm pornosków za młodu?
- Hehe,
to akurat zasługa
moja i Sociaka. Część
tekstów jest bardzo stara, pamięta
jeszcze początki
kapeli (Betrayed Trust, Corpsefuck) i wynikiem tego jest właśnie
taki wydźwięk,
bo oczywiście
staraliśmy
się
być
jak najbardziej „twardzi” i tak dalej. Część
kawałków(Bloody
Incarnations, Face Without a Person, Psychosis) jest też
takim naszym prywatnym „hejtem” na różnorakie
okresy czy osoby i pewną
formą
„wyżycia
się”.
Mimo tego, że
teksty bywają
bardzo prostackie i ordynarne, to po części
są
dla nas dosyć
osobiste.
Całkiem
niedawno wydaliście
pełny
materiał.
„Grievous Psychosis” ze wszystkich stron widać,
że
to pełnoprawny
debiut. Jak wyglądały
prace nad płytą?
- „Grievous
Psychosis” zostało
nagrane w pierwszej formie już
z półtora
roku temu. Zaczęliśmy
szukać
wydawnictwa i w tym momencie trafiliśmy
na Memento Mori. Raul powiedział,
że
zajebisty materiał
i może
to wydać,
ale musimy dograć
jeszcze coś,
bo jest za krótkie. Okazało
się,
że
nie potrafimy odtworzyć
brzmienia pierwszej wersji, więc
nagraliśmy
wszystko od nowa i powstał
album w formie, w jakiej obecnie jest.
Poza
jednym, wszystkie kawałki
to nowe kompozycje. Nie chcieliście
dograć
jeszcze dwóch z dema by wydłużyć
płytę,
lub od nowa nagrać
materiał
z demo plus kilka kawałków?
- Dla
nas te „nowe” kawałki
mają
już
po 2, czy nawet 3 lata i ze względu
na zmęczeniem
zarówno materiałem
jak i samym procesem nagrywania, organizacji, etc najzwyczajniej w
świecie
nam się
nie chciało.
Inna sprawa, że
dla nas kawałki
z dema kompletnie nie pasują
stylistycznie do tego czym jest „Grievous Psychosis” Powoli
kiełkują
jakieś
plany żeby
coś
zrobić
z numerami z „Twisted Perversions”, ale to zobaczymy dopiero w
przyszłości
co z tego wyniknie.
Wiem,
że
część
z Was ma wykształcenie
muzyczne lub okołomuzyczne.
Jak się
pracuje z takimi ludźmi?
Ile razy chcieliście
się
pozabijać?
- Szczerze?
Bardzo często.
W momencie kiedy każdy
ma pojęcie
o tym co robi, bardzo często
pojawiają
się
spięcia
o tym co ma jak brzmieć,
jak ma być
zagrane i tak dalej. Potrafimy sobie skakać
do gardeł
zarówno przez to, że
ktoś
ma przysłowiowy
kij w dupie, jak i przez to, że
ktoś
coś
zjebał
czy po prostu zrobił
coś
mało
„profesjonalnie” - mimo tego, że
Martyrdoom jest naszym hobby, to raczej staramy się
podchodzić
do tego profesjonalnie podczas koncertów, czy nagrywek. Od tego, że
się
jeszcze nie pozabijaliśmy,
wydaje mi się,
uchronił
nas po prostu fakt, że
wszyscy na zewnątrz
zespołu
jesteśmy
bdb kolegami od serca i znamy się
od lat – wszyscy znamy swoje wady i nie ma sensu się
dłużej
spinać
na kogoś
z tak idiotycznych powodów.
Okładka
robi wrażenie.
Kto jest jej autorem? Skąd
taki pomysł?
- Pierwotnie
okładka
miała
wyglądać
zupełnie
inaczej, projekt nie do końca
nam pasował.
Przypomniałem
sobie, że
ojciec mojego przyjaciela jest malarzem i to nie byle jakim. Ryszard
Wojtyński
(serdecznie pozdrawiamy) od wielu lat zajmuje się
malarstwem, jego styl to coś
pomiędzy
H.R. Gigerem i Beksińskim.
Znaleźliśmy
w internecie jego ilustracje do „Piekła”
Dantego i od razu wiedzieliśmy,
że
musimy mieć
coś
od niego na okładce.
Jest sposobność,
to czemu nie? Potem to już
była
kwestia przejścia
się
do niego, dogadania czy zechciałby
nam użyczyć
swojego dzieła
i dostosowania go do okładki.
Podpisaliście
kontrakt z Memento Mori. Wytwórnia jak dla was chyba idealna. Jak
się
z nimi zgadaliście?
Nie szukaliście wśród polskich wytwórni, czy może z założenia
położyliście lachę na polskich wydawców?
- W momencie gdy „Grievous Psychosis” było
nagrane w pierwszej formie, po prostu zaczęliśmy
wysyłać
promo do różnorakich
wytwórni. Memento Mori była
jedyną
„większą”
ekipą,
która nie miała
na nas wysrane i faktycznie zajarała
się
naszą
muzą.
A
co do polskich wytwórni,
trochę
mieliśmy
wyłożone
na małe
wytwórnie, które oferowały
tylko wydanie na kasetach i rozprowadzanie po distro, o których nikt
nie słyszał.
Większe,
albo odmawiały
mówiąc,
że
nie szukają
nowych kapel, albo proponowały,
że
wydadzą
płytę
jeżeli
to my im zapłacimy.
No kurwa serio?
Ile
już
razy wokal Sociaka porównano do Chucka z pierwszych płyt
Death, czy tylko ja mam takie skojarzenia?
- Bardzo
często!
Pada albo Chuck, albo van Drunen – z tego co wiem, Sociakowi się
to bardzo podoba.
Zaczynaliście
jako kwartet, później
stał
się
z was kwintet z niewiastą
na gitarze. Przyznam szczerze, że
dosyć
mocno się
zdziwiłem,
że
dziewczyna chce grać
death/doom. Robiło
to wtedy wrażenie,
choć
dziewoja nie wytrzymała
jednak długo.
- Zaczynaliśmy
jako kwintet, jak już
wspomniałem.
Na początku
był
z nami Kryczman. Kasia zrezygnowała
z racji innej wizji na prowadzenie zespołu.
My podchodziliśmy
do tego z ambicjami, Kasia chciała
po prostu sobie pograć.
Rozeszliśmy
się
w zgodzie i nadal utrzymujemy z nią
dobry kontakt.
Pamiętam, że na koncercie „U Bazyla” w Poznaniu ktoś zwrócił uwagę, że nasz gitarzysta wygląda jak laska – technicznie się nie mylił.
Pamiętam, że na koncercie „U Bazyla” w Poznaniu ktoś zwrócił uwagę, że nasz gitarzysta wygląda jak laska – technicznie się nie mylił.
Jak
zapatrujecie się
na kobiety w death metalu? Jo Bench, Angela Gossow, czy ta ruda
cycata z Epici, zastanawialiście
się
kiedyś
czy ona wszędzie
jest ruda?
- A
zastanawiałeś
się
czy Chris Barnes wszędzie
ma dredy?
Czym
jest dla was death metal? Jak pojmujecie ten gatunek i jego kolejne
fale? Jest jakaś
odnoga tego kotła,
której po prostu nie trawicie?
- Osobiście
mogę
powiedzieć,
że
jest pewnym sposobem życia
i pasją.
Jednak potrzeba pewnego spierdolenia, żeby
jarać
się
kapelami pokroju Putridity czy Disgorge, albo jakimiś
wysrywami z fińskiej
sceny, o których słyszała
tylko rodzina ich wokalisty. Mi kompletnie akurat nie podchodzą
wszelakie melodeathy, które są
ugrzecznione, tak żeby
trafić
do szerszego grona odbiorcy – pomijając
klasyki w stylu początki
At the Gates, czy Carcass. Tak samo średnio
do mnie zazwyczaj trafia black/death, z jednej strony dlatego, że
raczej blacku nie słucham,
a z drugiej, że
takiego grania na polskiej scenie jest już
tyle, że
się
rzygać
chce.
Jakie
macie plany związane
z kapelą?
Nowy materiał
się
robi, skupiacie się
na promowaniu „Grievous Psychosis”? Koncerty gracie z coraz
zacniejszym towarzystwem, Cruciamentum, Beheaded, Undergang…
- Na
pewno chcemy koncertować,
żeby
promować
płytę.
W między
czasie będziemy
opracowywać
nowy materiał.
W kwestii grania z coraz lepszymi kapelami - wiadomo że
powoli się
rozwijamy i staramy się
grać
z coraz lepszymi, bo nie można
całe
życie
grać
na scenie z ogórami.
Warszawa
jest chyba dosyć
specyficzną
sceną
na mapie naszego kraju. Jak wygląda
tutejsza scena?
- Scena
deathowa kuleje i to bardzo. Na ogół,
żeby
zrobić
koncert w stolicy musimy szukać
kapel grających
grindcore czy pseudothrashe. Dużo
więcej
można
u nas zobaczyć
kapel stoner/doomowych czy właśnie
grindowych niż
stricte deathowych. Czemu? Żodyń
ni wyi.
- Nie
słuchajcie
heavy metalu, jeżeli
możecie
slamów – hails!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz